Kierowcy do niewolniczej pracy
  Foto: |
OGLĄDAJ W PLAYER.pl
Kierowcy ciężarówek z Filipin przyjechali do Polski skuszeni wizją stabilnej pracy i zarobków na europejskim poziomie. Nie przypuszczali, że staną się ofiarami handlu ludźmi. Pracowali ponad siły za niskie stawki, łamiąc wiele procedur bezpieczeństwa. Oszuści wciąż czują się bezkarni. Kilkoro z nich zdecydowało się opowiedzieć dziennikarzowi Superwizjera o tym, co ich spotkało. Jak wygląda współczesne niewolnictwo?

W bogatej Europie istnieje coraz większe zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą. Pracowników nie szuka się na wschodzie Europy – na Ukrainie czy w Białorusi, ale o wiele dalej – w Azji.

-Zachodnie firmy tłumaczą poszukiwania taniej siły roboczej w Azji brakiem chętnych do pracy wśród obywateli Unii Europejskiej, ale to nieprawda. Chodzi o to, że tu pracownikom nie gwarantuje się uczciwych warunków pracy – powiedział Edwin Atema, przedstawiciel holenderskich związków zawodowych FNV.

- Jeżeli traktujesz podwładnego z godnością i odpowiednio mu płacisz, to nie masz problemu z brakiem rąk do pracy. Problem w tym, że zachodnie firmy przybyszów ze wschodu powinny traktować tak samo, jak mieszkańców Europy, a nie jak zwierzęta – stwierdził Atema.

,,Nie spodziewałem się, że Polska nie jest taka sama, jak inne zachodnie kraje’’

Bohaterowie naszego reportażu to zawodowi kierowcy ciężarówek z Filipin, którzy w Polsce trafili pod opiekę fundacji La Strada pomagającej ofiarom handlu ludźmi. Mężczyźni poznali się dopiero w Polsce. Łączy ich to, że w przeszłości pracowali na Bliskim Wschodzie. Powodem przyjazdu do Europy było nie tylko zarobienie pieniędzy, ale również szansa na rozpoczęcie nowego lepszego życia.

Werbowaniem kierowców zajmują się firmy pośredniczące. Rekrutacja odbywa się zazwyczaj poprzez media społecznościowe, a pośrednik to najczęściej jedna osoba z wirtualnym biurem, bez siedziby i adresu.

- Zgłosiłem się, moim marzeniem było kiedyś pracować w Europie – powiedział  dziennikarzowi Superwizjera Edgor Santos, który ofertę pracy znalazł na Facebooku.

-Nie miałem żadnych specjalnych wyobrażeń na temat Polski.  Wiedziałem, że leży w Europie i jest członkiem Unii Europejskiej. Dlatego tak wiele sobie obiecywałem po przyjeździe tutaj. Nie spodziewałem się, że Polska nie jest taka sama, jak inne zachodnie kraje, choćby Niemcy czy Dania. – opowiada Gerald Navarro.

- Być może Filipińczycy są gotowi na większe ustępstwa. Ich świat jest światem hierarchicznym. Pracodawca jest osobą, którą należy szanować, a jak się kogoś szanuje to trudno jest mu się przeciwstawić – powiedziała Irena Dawid-Olczyk z fundacji La Strada.

,,Tutaj wszystko było na odwrót’’

Kierowcy z Filipin musieli na własną rękę załatwić polską wizę i opłacić przelot. Do tego doszły opłaty za pośrednika, pozwolenie na pracę i szkolenia. W sumie każdy z nich wydał na to kilka tysięcy złotych.

- Przyjazd do Polski musiałem sobie zorganizować sam. Wydałem na to dużo pieniędzy i musiałem się zapożyczyć. – opisuje Alejandro Sambuang. Z kolei jak relacjonuje Gerald Navarro, pracodawcy obiecali mu wypłatę w wysokości 1700 euro miesięcznie.

- Obiecano nam, że dostaniemy ubezpieczenie zdrowotne, a nasze dzieci pójdą do dobrej szkoły, tu w Polsce.  Kiedy przyjechałem do Polski, byłem zszokowany. Tutaj wszystko było na odwrót – podkreślił Sean Espinas.

,,Kiedy przychodził dzień wypłaty mogliśmy się tylko modlić, żeby była to cała pensja’’

Filipińczycy trafili do niewielkiej firmy transportowej w Koszalinie. Przedsiębiorstwo chwali się wieloletnim doświadczeniem w branży oraz kontaktami w całej zachodniej Europie i Skandynawii. Na miejscu kierowcy szybko zorientowali się, że obietnice nie pokrywają się z rzeczywistością.

Kierowcy, niektórzy całymi tygodniami, mieszkali bez kuchni, łazienki i bez dostępu do bieżącej wody.

- To był zwykły kontener. Spaliśmy tam w sześciu – powiedział Gerald Navarro.

Nikt nie umiał im powiedzieć, kiedy zaczną pracę za kółkiem. W zamian zmuszano ich do innych fizycznych robót.

-Musiałem na przykład kopać rowy albo nosić cegły na budowie, skrobać rdzę z naczep, wymieniać opony w ciężarówkach. Nie miałem wyboru, byłem do tego zmuszany. Gdybym zaprotestował i się nie zgodził, nie dostałbym żadnych pieniędzy – opisywał Alejandro Sambuang.

Kiedy w końcu powiedziano im, że usiądą za kierownicą ciężarówek, zgadzali się na wszystko. Byli na tyle zdesperowani, że nie protestowali, kiedy obniżono im pensję czy powiedziano im, że muszą wyjechać do pracy do Danii.

- Zgodziłem się na 900 euro. W sumie to nie miałem wyboru. Gdyby na początku, zanim tu jeszcze przylecieliśmy, powiedzieli nam, że dostaniemy po 900 euro, nie byłoby tu nas. – opowiadał Sean Espinas. - Za każdym razem to była niespodzianka, zagadka. W tym miesiącu będzie 770 euro. Nigdy nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać. Kiedy nadchodził dzień wypłaty, mogliśmy się tylko modlić, żeby tylko była cała pensja – dodał.

-Był taki czas, że dostawałem 440 euro zamiast tych 900. Obcinali nam wypłaty regularnie – stwierdził Gerald Navarro.

Dziennikarze Superwizjera odkryli, że skala oszukiwania azjatyckich kierowców jest olbrzymia i nie dotyczy tylko Polski. Reporterom pomógł Edwin Atema, holenderski związkowiec i były kierowca ciężarówki. Rzucił pracę za kółkiem i został prawnikiem.  Od wielu miesięcy zajmuje się tropieniem nieuczciwych pracodawców.

Mają mniej praw, nie rozumieją przepisów, można traktować ich jak głupków

- Firmy, które oszukują i wykorzystują pracowników, mają bardzo duży udział w branży transportowej. Teraz jest tendencja do zatrudniania pracowników spoza Unii Europejskiej, bo mają mniej praw, nie rozumieją przepisów i tym samym można im mniej płacić. Traktować jak głupków – powiedział Atema. – W samej tylko Polsce wydano 70 czy 80 tysięcy pozwoleń na kierowanie zarejestrowanymi w Polsce ciężarówkami dla kierowców, którzy nie są mieszkańcami Unii. Firmy z Polski i krajów bałtyckich przodują w liczbie zatrudnianych kierowców pochodzących spoza Europy – uważa.

To, dlaczego droga Filipińczyków do Europy Zachodniej wiedzie przez polskie firmy, demaskuje związkowiec i dziennikarz Morten Halskov. Gdyby Filipińczycy pracowali dla duńskiej firmy, musieliby dostawać około 3-4 tysięcy euro. Ale skoro formalnie pracują w polskiej, to zarabiają trzy razy mniej.

- Odkryliśmy, że filipińscy kierowcy byli zatrudniani przez firmę z Polski należącą do duńskiego koncernu transportowego, ponieważ nie mogli być zatrudniani przez duńskie firmy. Większość parlamentarna w Danii twierdzi, że my tutaj nie potrzebujemy pracowników spoza Unii – powiedział Morten Halskov, dziennikarz Fagbladet 3F. W Polsce jest inaczej. Robotnicy spoza Europy, jak choćby z Indii i Filipin, mogą u was bez problemu dostać pozwolenia na pracę. Z takimi legalnymi dokumentami ściągani są do Europy, w tym także do Danii. Na tym polega cała sztuczka – dodaje.

Byłem praktycznie uwięziony w kabinie tira przez siedem miesięcy

Zgodnie z unijnymi przepisami kierowca ciężarówki może pracować maksymalnie 9 godzin dziennie. Dwa razy w tygodniu może wydłużyć swój czas pracy do 10 godzin. Po przepracowanym tygodniu kierowcy należy się 45 – godzinny odpoczynek w hotelu.

- Jeździłem po całej Europie przez sześć miesięcy bez przerwy. Bez żadnego zakwaterowania. Cały ten czas mieszkałem w kabinie swojej ciężarówki – powiedział Alejandro Sambuang.

- Warunki były trudne. Byłem praktycznie uwięziony w kabinie tira przez siedem miesięcy – mówił naszemu reporterowi Sean Espinas. Gerald Navarro przyznał, że w kabinie tira gotował, prał ubrania i zaciskał pięści z bezsilności, ale pracował dalej.

- Ci ludzie mieszkają w swoich ciężarówkach. To jest zakazane ze względu na bezpieczeństwo na drogach, ze względu na ochronę praw pracowników i ze względu na zasady uczciwej konkurencji – uważa Atema, holenderski związkowiec.

,,Musiałem nocować w miejscach, gdzie nie było nawet wody, nie było toalety’’

- Gdyby to samo przydarzyło się polskiemu kierowcy, oddałby kluczyki do samochodu i poszukał uczciwego pracodawcy. Jednak dla Filipińczyków taki pracodawca i taka praca to bilet wstępu do Europy. To niepodważalna możliwość utrzymania swoich rodzin. Dlatego ci ludzie zniosą wiele, byle utrzymać tę pracę, a firmy doskonale zdają sobie z tego sprawę – ocenił.

- Czasami musiałem jechać 16 godzin, a mój tachograf był cały zapisany. Całe 24 godziny, bez chwili przerwy. W pewnej chwili przestał działać, bo przekraczał godziny pracy – przyznał Sean Espinas.

- Nawet w weekendy nie mogłem odpoczywać. Musiałem nocować w miejscach, gdzie nie było nawet wody, nie było toalety. Wszystko dlatego, że firma nie chciała nam płacić za przyzwoite parkingi.  Gdybym chciał zaparkować w dobrym miejscu, sam musiałbym za to zapłacić – opowiadał Alejandro Sambuang.

,,Musicie opuścić nasze biuro, nie możecie tu być’’

Dziennikarskie śledztwo Superwizjera prowadziło do Danii, do siedziby firmy wykorzystującej Filipińczyków. Jest jedną z największych w Skandynawii w tej branży. Reporterzy Superwizjera chcieli porozmawiać o wyzysku i o zmuszaniu do niewolniczej pracy.

- Nie jesteście tu mile widziani – powiedział jeden z pracowników. Inny stwierdził, że w odpowiedzi na maila poinformowano, że firma nie będzie udzielać żadnych komentarzy w związku z tą sprawą.

- Musicie opuścić nasze biuro, nie możecie tu być – powiedział pracownik. Duńska firma postanowiła wezwać policję.

- Pracownicy tej firmy mogą być zestresowani widokiem kamery. Szefowie nie martwią się o siebie, tylko o swoich ludzi – stwierdził funkcjonariusz policji.

Wykorzystani kierowcy widzieli zdjęcia pracowników duńskiej firmy i wskazali, że jeden z nagranych mężczyzn przez naszych reporterów to Denis K. Zdaniem Edwarda Atema mężczyzna rekrutuje kierowców na parkingach w Europie, a nawet lata do Filipin w poszukiwaniu pracowników.

,,Dla siebie zostawiałem tylko 150 euro’’

- Zdecydowałem się tu przyjechać z Filipin z powodów osobistych. W 2015 roku moja żona urodziła wcześniaka. Za pobyt w szpitalu otrzymałem ogromny rachunek. Poszły na to moje wszystkie oszczędności, dlatego musiałem szukać lepszej pracy – stwierdził Sean Espinas.

- Pomagałem młodszej siostrze, płaciłem za jej szkołę. Przez to co stało się ze mną tutaj, musiała rzucić naukę – odparł Alejandro Sambuang.

Sean Espinas przyznaje, że większość zarobionych pieniędzy wysyłał do domu, a dla siebie zostawiał tylko 150 euro.

Wykorzystywanie Filipińczyków było możliwe dlatego, że polskie firmy stosowały różnice w przepisach dotyczących zatrudnienia cudzoziemców w Polsce i w Europie. Filipińczykom obiecano pracę w Danii za duńskie stawki, a w rezultacie podpisywano z nimi umowy z polskimi firmami. Różnica w stawkach trafiała do pracodawców.

,,Serio, mam wzywać policję na to?’’

Dziennikarze Superwizjera odwiedzili siedzibę firmy w Koszalinie, za pośrednictwem której zatrudniono Filipińczyków.

-Proszę opuścić teren. Serio, mam wzywać policję na to? – odparł pracownik firmy, który zaprzeczył, jakoby w jednym z kontenerów mieszkali Filipińczycy. Mężczyzna z przekonaniem stwierdził, że Filipińczycy mieszkali w hotelach, a dowodem tego są wystawione faktury.

Na pytanie o umowy odparł, że ,,były konkretne, tak jak każdy inny Polak miał’’. Twierdził, że umowy dotyczyły kierowania samochodem i kłamstwem jest to, że Filipińczycy mieli być wysyłani do pracy na budowach.

Zapytany, dlaczego w pobliskich barakach są zakwaterowani ludzie, odparł, że ,,jeden, dwa dni mogą tu spędzić, zanim sobie pojadą do domu.’’

,,Wszyscy chcemy pracować nadal’’

Postępowania w sprawie Filipińczyków prowadzą już prokuratury w Holandii, Danii, Niemczech i Polsce. Śledczych interesują nie tylko warunki zatrudnienia cudzoziemców, ale także umowy o pracę, warunki bytowe oraz sposób sprowadzenia Filipińczyków do Europy.

- W przypadku, jeśli by się potwierdziły okoliczności, iż mówimy tutaj o przestępstwie polegającym na handlu ludźmi, należy pamiętać, że jest to zbrodnia zagrożona karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż trzy lata. Górna granica ustawowego to 15 lat pozbawienia wolności – poinformowała Joanna Biranowska – Sochalska z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

- Straż Graniczna zapytała mnie czy chcę wracać na Filipiny, czy też szukam innej pracy. Wszyscy powiedzieliśmy, że chcemy pracować nadal i szukać nowej firmy dla naszej przyszłości, naszych rodzin, aby nasze marzenia mogły się ziścić – stwierdził Edgar Santos.

- Moim celem jest zarabianie pieniędzy.  Żeby pomóc mojej rodzinie i wspomagać moją siostrę, żeby mogła się uczyć, a potem znaleźć dobrą pracę – podkreślił Alejandro Sambuang.

-To dla mnie bardzo niedobra sytuacja. Wyjaśniłem rodzinie, że musimy się teraz modlić, żeby wszystko znowu było dobrze – uważa Gerald Navarro.

- Codziennie dzwonię do bliskich przez Internet. To pomaga w walce z samotnością – przyznał Sean Espinas.

,,Gdybym im powiedział, pytaliby: po co tam jeszcze jesteś?’’

Po miesiącach oczekiwania na pracę bohaterowie reportażu Superwizjera dostali upragnione zajęcie.  Sean Espinas jeździ tirem po zachodniej Europie i dostaje około 1000 euro wypłaty.  To wciąż stawka przynajmniej trzykrotnie mniejsza niż dla kierowcy z Unii Europejskiej.

Na pytanie, czy jego rodzina wie o tym, co go tu spotkało, Sean odpowiada: ,,Gdybym im o tym powiedział, martwiliby się jeszcze bardziej. Pytaliby: po co tam jeszcze jesteś? Powinieneś wrócić do domu.’’

Z roku na rok w Polsce przybywa zezwoleń na pracę dla cudzoziemców. W 2018 roku wydano ich ponad 300 tysięcy. Dla obywateli ze wschodu jesteśmy atrakcyjnym miejscem pracy, a niestety zawsze znajdą się ludzie gotowi to wykorzystać. Już nie pierwszy raz i na pewno nie ostatni zajmujemy się sprawami cudzoziemców w Polsce.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły się nowe () komentarze - pokaż
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
Pomoc | Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
zamknij
Amnezja
Następny odcinek:

Amnezja