Aktualności

Czarny rynek chorych krów
chore bydło 
Olbrzymie zyski, niewyobrażalne cierpienie zwierząt i zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi jedzących ich mięso. W Polsce od lat na olbrzymią skalę działa nielegalny rynek uboju i pozyskiwania mięsa z chorych i padłych krów.

 

Nasz anons ginął wśród wielu ukazujących się codziennie podobnych ogłoszeń. „Bydło pourazowe kupię”, „Bydło wybrakowane kupię”, Kupię bydło w każdym stanie. Telefon…”. Lokalna prasa, portale jak OLX, lub branżowe „Giełda Bydła”, „Sprzedam Byka” pękają od nich w szwach. Na odzew od hodowcy czekaliśmy zaledwie kilka dni: - Mam sztukę leżącą. Ładna, gładka krowa tylko leżak… Ile Pan dasz? – Pięćset. Chyba, że leżak duży. Jak da ze 400 kilo mięsa, zapłacę i tysiąc. A jest po witaminach?

Laik nic by z dialogu nie zrozumiał, ale my byliśmy bogatsi o szkolenie u naszego informatora: - Leżaki to krowy chore, w stanie agonalnym. Jak jest sztuka leżąca, to chłop dzwoni, żeby się jej pozbyć. Bo on ją leczył, szprycował, z pięćset złotych wydał na weterynarza, a nic to nie dało. Dzwoni do tych, co się tym trudnią i mówi: „mam sztukę po witaminach”. Po witaminach, czyli leczoną antybiotykami. Albo mówi, że: „kwiatków się najadła”. I wszyscy wiedzą, o co chodzi. Taka grypsera, a naprawdę chodzi o leczenie. Bo jak krowa leży i zdycha, to dla chłopa idzie strata. A on kalkuluje: „Mam krowę oddać do utylizacji? To niech handlarz weźmie i chociaż cokolwiek mi zapłaci”.

Jednak rolnik po drugiej stronie telefonu stanowczo zaprzecza: - Moja sztuka po witaminach nie jest, położyła się tylko! - Ale na pewno ciepła jest jeszcze? Nie padła? – Ciepła, ciepła. Tylko leżak.

Informator potwierdza: - Tak też być może. Krowa na krowę czasem skoczy i złamie kręgosłup, albo nogę. Albo się „rozjedzie”: zrobi kupę, poślizgnie się i koniec. Przy cieleniu: cielak za duży, z miednicy kości jej wyskoczą i już nie wstanie. Albo stała przy drzwiach, złapie katar, bo bydło nie lubi przewiewu i już. Chłop leczy, bo myśli, że krowa z tego wyjdzie, ale ta nie wychodzi. I czasem nawet weterynarz radzi: „Weź ją gdzieś opier…, dostaniesz choć parę groszy”. Chłop przewala gazetę i dzwoni, gdzie mu najwięcej dadzą za taki „złom”. Aby się tylko pozbyć. I tak krowy chore, leżące trafiają do sprzedaży, uboju, a potem na nasze stoły. Część padłych również…

„Leżaki”, czyli najlepszy biznes

W Polsce hoduje się – wg danych GUS - ponad sześć milionów dwieście tysięcy krów i byków. Krowy mleczne – a tych jest najwięcej - żyją przeciętnie sześć-siedem lat; gdy ich dojenie przestaje być opłacalne, są zabijane dla mięsa. Do ubojni można jednak zawieźć i tam uśmiercić tylko zwierzęta zdrowe. Choć krowy, których zadaniem jest dawanie przez całe życie mleka, są szczególnie podatne na różne schorzenia, w Polsce nie ma oficjalnych statystyk, jak często chorują.

Oficjalnie – jeśli chora krowa nie zdrowieje – hodowca powinien wezwać weterynarza, który może uśpić zwierzę zastrzykiem (tusza trafia do utylizacji) lub pozwolić na tzw. ubój z konieczności. Wtedy do obory, gdzie leży krowa musi przyjechać szkolony rzeźnik, który na miejscu profesjonalnie uśmierci zwierzę, jego mięso zawiezie natychmiast do ubojni (skąd próbki trafią na dalsze badania), a rolnik musi fakt nietypowego uboju zgłosić do oddziału Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Są jednak prostsze sposoby, by pozbyć się „leżaka”.

Nasz informator działa na rynku rzeźnego bydła od wielu lat obserwując, co dzieje się z krowami, które oficjalnie nie mogą trafić pod nóż. – Jeśli ktoś wezwie do uśpienia weterynarza, to za zastrzyk trzeba dać pięćset złotych, a mięso wyrzucić. A handlarz z ogłoszenia zabierze sztukę i jeszcze zapłaci parę stów. - Chce pan powiedzieć, że wszystkie chore krowy trafiają do rzeźni i do spożycia? – Czasem sztuka padnie w nocy i rolnikowi nie przyjdzie do głowy, żeby coś z nią zrobić, więc coś tam do utylizacji trafia. Ale 70-80 proc. „leżaków”, mogę zaręczyć, idzie do sprzedaży. Tak jest w całej Polsce i wiele ubojni wyspecjalizowało się w bydle leżącym. Bo „leżaki” to największy biznes.

By sprawdzić rewelacje informatora, postanowiliśmy przeniknąć do jednej z ubojni specjalizujących się w zabijaniu chorych krów. Sam informator wskazał kilkanaście (!) zakładów, które w branży słyną z tego procederu. Sprawdziliśmy: wszystkie położone na odludziu, na obrzeżach wsi, otoczone polami i zatrudniające niemal wyłącznie miejscowych – tak jest bezpieczniej.

„E.”, który wybraliśmy to rodzinna firma pod Ostrowią Mazowiecką na skraju woj. Mazowieckiego; zatrudnia kilkudziesięciu pracowników i działa na rynku od wielu lat.

Jeden z nas – reporterów „Superwizjera” – przez kilka dni zdezelowanym, dwudziestoletnim renault clio podjeżdżał pod jedyny we wsi sklep spożywczy. Sklep, który - jak ustaliliśmy – należał do właścicieli „E.”. Gdy sprzedawczyni znała już mężczyznę z widzenia, ten nieśmiało zapytał czy w okolicy nie ma dlań jakiejś pracy. I przedstawił „legendę”, którą przygotowywaliśmy przez kilka tygodni. Młody człowiek z miasta po burzliwych przejściach na emigracji, potrzebuje „zniknąć” gdzieś w Polsce i sporo zarobić, najlepiej na czarno. W Holandii zostawił skonfliktowaną z nim byłą narzeczoną i wspólne dziecko, „gonią go” zasądzone wysokie alimenty.

Nie boi się ciężkiej i „brzydliwej” pracy. Sprzedawczyni w sklepie połknęła haczyk – od razu zaprowadziła reportera do właścicielki „E.”.

Za nogi, pysk albo rogi

Przez pierwsze tygodnie nic się nie działo – nowego pracownika szefowie skierowali na dzienną zmianę zajmującą się ubojem oraz rozbiorem wieprzowiny. Wszystko w miarę porządnie: uśmiercanie zwierząt - jak każe prawo - nadzorował zakładowy weterynarz, a świnie w ostatnią drogę szły na własnych nogach. O tym, co działo się w zakładzie w nocy, świadczyły tylko dziwnie wątłe wołowe tusze pozostawione na hakach przez nocną zmianę. Sine i cuchnące połacie mięsa ktoś wcześniej „powycinał” najwyraźniej usuwając zepsute fragmenty. Część zgniłych partii przeoczono, gdzieniegdzie pozostały też czarne ropnie. Szefowie zakładu zlecali wtedy naprawę błędów „wieprzowej” brygadzie. „Nie interesuj się”. „To na kebaba idzie” – odpowiadali starzy pracownicy na pytające spojrzenia młodszego kolegi.

Gdy po trzech tygodniach młody rzeźnik przestał już codzienne kaleczyć sobie palce wielkim i ostrym nożem, właściciel zakładu złożył propozycję, o którą nam od początku chodziło: „przyjdź pracować na noc, zarobisz o jedną trzecią więcej”.

Reporter trafił do grupy kilku zaufanych i małomównych mężczyzn i jako najmłodszy w ekipie dostał pracę najbrudniejszą z możliwych: pozbawianie zabitych krów wnętrzności. Lecz przy okazji widział wszystko, co dzieje się w położonej wśród pól na obrzeżach wsi ubojowej hali – gdy tylko przyjeżdżał kolejny transport zwierząt, wołano go do pomocy przy wciąganiu na teren ubojni ciężkich krów - „leżaków”. Jedyna możliwa do zainstalowania na ciele ubranego w długi, ociekający krwią gumowy fartuch reportera rejestrowała non-stop przebieg wydarzeń.

W pierwszą noc po weekendzie rzeźnicy mieli pełne ręce roboty: półcieżarówki z dostawcami ustawiły się w kolejce pod wyładowczą rampą już kilkadziesiąt minut po rozpoczęciu pracy. Pracownicy w milczeniu uruchomili specjalne wyposażenie ubojni – przymocowaną do ściany elektryczną wyciągarkę z nawiniętym na szpulę powrozem.

Burta pierwszego auta idzie w dół, w środku pięć, może sześć krów – same „leżaki”. Krowy, które ściśnięte do granic możliwości przeżyły wielogodzinną podróż w małym „dostawczaku” są tak wycieńczone, że nawet nie muczą. O tym, że żyją, świadczą tylko poruszana oddechem skóra i duże, otwarte oczy. Rzeźnicy wiążą powróz na rogach pierwszej krowy i maszyna ciągnie nieruchome zwierzę przez kilka minut po posadzce w głąb hali. Drugą  - przywiązano za pysk, trzecią - za nogę. To nie koniec męczarni. Rzeźnik przywiązuje po kolei wciągnięte na halę „leżaki” do następnej  maszyny – zawieszonej pod sufitem w drugim pomieszczeniu. Znów za rogi, pyski i nogi. Maszyna ciągnie ważące pół tony krowie ciała w górę. W pełni świadome zwierzęta ostatkiem sił próbują wyć z bólu szarpiąc się niczym w konwulsjach, czasem słychać chrzęst łamanych kości. Lecz rzeźnik powoli, metodycznie, podciąga każdą z krów nad metalową zlewnię. W końcu ogłusza przez wbicie metalowego bolca w mózg, podcina gardło i spuszcza krew.

Wyciągarka jest tylko jedna, kolejne krowy czekając na swą śmierć przyglądają się jak rzeźnik wbija bolec w głowy ich towarzyszek, jak z ich gardeł tryska krew. W sumie katorga krów z jednego tylko auta trwa blisko godzinę.

Kolejne auto, kolejna burta, znów pięć „leżaków”. Hala jest już pełna. Każda z leżących bezwładnie krów czeka na swój okrutny koniec wiele minut. Praca trwa niemal do rana.

2000 zł za przespaną noc

Przez dwie długie noce zabito w ten sposób blisko trzydzieści chorych krów. Jedna z nich była ciężarna – rzeźnicy kazali młodszemu koledze wy…ć cielaka do puszki z odpadami. Innej krowy nie trzeba było zabijać - przywieziono ją do rzeźni martwą, ale i tak po „rozbiorze” poszła na mięso. Podczas uśmiercania „leżaków” w zakładzie ani przez chwilę nie pojawił się zakładowy weterynarz, który w myśl przepisów powinien badać przed i po uboju każde zwierzę. – Lekarz ma sprawdzać, czy krowy są zdrowe, a ich ubój odbywa się w odpowiednich warunkach. Jeśli ma wątpliwości, czy sztuka nie jest chora, może jej mięso skierować na bok i wziąć próbki do badania – wstrząśnięty prof. Roman Kołacz, wieloletni rektor Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, właśnie obejrzał zarejestrowane w „E.” nagranie i z trudem buduje zdania. – Nie przypuszczałem, że zobaczę takie obrazy zarejestrowane w XXI wieku, w Unii Europejskiej, w polskiej ubojni – tłumaczy. – Jeśli weterynarza nie ma, znika tama, która ma zapobiegać wprowadzaniu do obrotu mięsa z chorych sztuk, które może być przecież szkodliwe.

W odpowiedzi pokazujemy profesorowi kolejne nagranie z rzeźni. Nadzorujący ubój lekarz powinien potwierdzić dobry stan krowy przybijając na tuszy owalny brązowy stempel z numerem zakładu. Na filmie dopuszczającą do spożycia pieczątką stemplują mięso zamiast nieobecnego weterynarza… sami rzeźnicy. – To niedopuszczalne i niezwykle niebezpieczne dla zdrowia konsumentów – komentuje zdumiony profesor.

- Jeśli pary z gęby nie puści pracownik ubojni, handlarz, rolnik, który mu sprzedał krowę lub zakładowy weterynarz, ubój „leżaków” nigdy nie wyjdzie na jaw – tłumaczy nasz informator. – A jeśli komuś zaszkodzi mięso? – Teoretycznie może dojść do sklepu, gdzie kupił wołowinę i przy wielkim szczęściu namierzyć, z której ubojni i krowy pochodziło mięso. Ale co z tego, skoro wówczas rzeźnia wyciągnie z archiwum przypisany do zwierzęcia dokument, tzw. łańcuch żywieniowy. Formularz najpierw wypełniał bez żadnej kontroli rolnik, który oczywiście wpisał, że zwierzę było zdrowe. Resztę kluczowych rubryk wypełnił… zakładowy weterynarz, który potwierdził, że badał zwierzę przed i po uboju. Choć w nocy nie było go nawet w zakładzie, a kwity wypełnił rano hurtem. Z zamkniętymi oczami wpisywał: „zwierzę było zdrowe”. - Jaki ma w tym interes? – Najczęściej pieniądze: właściciel rzeźni płaci 50-100 zł od niby-badanej sztuki. Czyli za przespaną uczciwie noc lekarz weźmie nawet dwa tysiące!


Nasz rozmówca dotyka problemu kluczowego dla całego polskiego rynku produkcji żywności. Zakładowi weterynarze, choć formalnie są opłacani przez państwo, żyją z pieniędzy przekazywanych przez właściciela kontrolowanego przez nich zakładu do Inspekcji Weterynarii. Gdy firma upadnie, przypisany do zakładu lekarz straci pracę. Trudno by w takiej sytuacji podcinał gałąź, na której siedzi, wskazując nieprawidłowości lub donosząc na swego chlebodawcę organom ścigania. Sowite łapówki dodatkowo koją sumienie.


- A czy dla właściciela to aż tak dobry biznes? W odpowiedzi nasz informator wyciąga kalkulator i błyskawicznie liczy: kilogram wołowego mięsa w hurcie ubojnia sprzeda za 9 zł, krowa da średnio 260 kilo mięsa. Za krowę zdrową trzeba zapłacić 2500-3000 zł, za „leżaka” średnio 300-400 zł. Po odliczeniu wszystkich kosztów oraz zysków ze sprzedaży skóry i podrobów ubojnia zarobi na każdym kilogramie pozyskanego z chorej krowy mięsa 2 zł, ze zdrowej – zaledwie 30 groszy. W skali roku (przy średnim uboju 20 sztuk dziennie) ubojnia chorych krów zyska prawie 2,5 mln zł, zdrowych – zaledwie 350 tys. zł.

- A kontrola? Inspekcja Weterynaryjna? – dopytujemy. Informator odpowiada pytaniem: - A widzieliście kiedyś nocną kontrolę weterynarii w ubojni? Uwierzcie mi: wpadka może nastąpić tylko przypadkiem. I chociaż wszyscy z branży, także inspektorzy, znają proceder uboju „leżaków”, wygodnie im udawać idiotów. Bo w krowich papierach wszystko jest przecież top-legal!

60 tomów instrukcji obsługi

Przypadki chodzą jednak po ludziach i firmach. Blisko sześć lat temu patrol drogówki zatrzymał do rutynowej kontroli ciężarówkę wiozącą krowy do rzeźni we wsi obok Białej Rawskiej w woj. łódzkim. Uwagę policjantów zwrócił fakt, że wszystkie zwierzęta leżą. Okazało się, że krowy były w stanie agonalnym, a w samej ubojni znaleziono ponad sto ton przygotowanego do sprzedaży mięsa pochodzącego - jak wykazały badania - z krów chorych i padłych. Trafiało na eksport i rynek wewnętrzny. Do wielkich spożywczych sieci i zakładów produkujących gotowe przetwory.

Okazało się, że państwowe służby od dawna wiedziały, co dzieje się w rodzinnej ubojni Józefa i Piotra M., ale z tej wiedzy nie zrobiły użytku. Józef Szwed, którego posesja graniczy z ubojnią, przez kilka lat napisał kilkadziesiąt pism bezskutecznie nakłaniając urzędy do zajęcia się sprawą przywożonych do ubojni „leżaków”: - Traktorem wozili je przykryte plandeką, że tylko kopyta wystawały. Kiedy dzwoniłem do powiatowego lekarza weterynarii, powiedział mi wprost, żebym zostawił tę sprawę, bo właściciele są „pod jego ochroną”. Mieszkająca kilkadziesiąt metrów dalej pani Danuta pamięta do dziś rozpaczliwe wycie wożonych do ubojni połamanych, żyjących krów. – Dzwoniłam do powiatowego, żeby przyjechał, jeśli nam nie wierzy. Przyjechał po kilkudziesięciu minutach, kiedy już było po wszystkim. Robili też jakieś niby-kontrole, które nigdy nie wykazały nic poważnego.

Pierwszy wyrok w sprawie afery w Białej Rawskiej zapadł w warszawskim sądzie dwa miesiące temu. Właściciela ubojni – Piotra M. – skazano na trzy lata więzienia, wyroki w zawieszeniu dostali handlarze przywożący „leżaki” do ubojni oraz zakładowi weterynarze, którzy „nadzorowali” ubój.

Sprawa Białej Rawskiej mogłaby stać się przewodnikiem dla inspektorów odpowiedzialnych za nadzór nad rynkiem rzeźnym. W ponad 60. tomach akt sprawy odnotowano istnienie w całej Polsce rynku ogłaszających się w mediach handlarzy skupujących „pourazowe” i „wybrakowane” bydło. Zeznający w sprawie świadkowie nie kryli, że proceder nielegalnego zabijania na mięso chorych krów ma charakter systemowy. Śledczy precyzyjnie opisali mechanizm handlu „leżakami”, ich uboju oraz legalizacji pochodzącego z chorych i padłych krów mięsa. Dzięki wykonanym podczas procesu ekspertyzom wiemy, czym grozi jego zjedzenie. Specjaliści z renomowanego instytutu w Puławach stwierdzili, że konsumenci są narażeni m.in. na ciężkie zatrucia pokarmowe, zakażenie pozajelitowe, zapalenie opon mózgowych, stawów, szpiku oraz kości, wrzodziejące zapalenie jelita a także sepsę o ciężkim przebiegu. „Spożycie tego mięsa może stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia” – podsumowali biegli.

Z ustaleń prokuratorów nikt – prócz sądu – nie zrobił jednak użytku. Kolejna – i póki co ostatnia – wpadka ubojni „leżaków” miała miejsce pięć lat później, w styczniu zeszłego roku w okolicy Bielska Podlaskiego. Prokuratorskie zarzuty związane z ubojem kilku chorych krów otrzymali właściciel rzeźni i jego syn, śledztwo trwa.

Może same zejdą

Kilkanaście dni temu wróciliśmy do położonej na skraju mazowieckiej wsi rzeźni. Ubojową halę obserwowaliśmy przy pomocy specjalnych, pracujących w nocy kamer, od wczesnego wieczora leżąc z w melioracyjnym rowie na polu za rzeźnią, niedługo później pod rampę podjechały znane nam półciężarówki. Po chwili z jednej z nich zaczął wysuwać się pierwszy przywiązany do wyciągarki „leżak”. Mając gwarancję złapania przestępców na gorącym uczynku, wjechaliśmy dwoma samochodami pod rampę. Rzeźników zaskoczyła obecność dziennikarzy; wszyscy uciekli, a my zostaliśmy w pustej hali z wciągniętą do środka chorą krową. Po chwili pojawił się właściciel „E.”: - Ubojnia „leżaków”? Nie, skąd, nic takiego nie ma miejsca. – A leżąca obok nas krowa? – Musiała w wyniku kolizji przewrócić się w aucie podczas transportu – szef zakładu skopiował wykręt kolegów po fachu złapanych sześć lat wcześniej w Białej Rawskiej.

Wezwaliśmy policję, lecz interwencja organów ścigania i weterynaryjnych służb skupiła niczym w soczewce patologie systemu, który latami nie poradził sobie ze sprawą uboju chorych zwierząt. Na przyjazd pierwszego patrolu czekaliśmy 40 minut. W tym czasie pracownicy zdążyli umyć rzeźnię zacierając ślady uboju i wezwać z domu weterynarza, który po przyjeździe kazał natychmiast zabić chorą krowę. Na szczęście kamery wciąż rejestrowały przebieg zdarzeń. Po blisko trzech godzinach na miejsce dotarła ekipa dochodzeniowa i powiatowa weterynarz, lecz kolejne kilka godzin trwały narady, co zrobić z pełnymi chorych krów ciężarówkami porzuconymi przez uciekających w popłochu kierowców. Zdezorientowana powiatowa inspektor weterynarii miała nawet nadzieję, że zwierzęta… same zejdą z rampy. W tym czasie pod ubojnię podjechał ciężarówką kolejny dostawca krów. Stanął pod bramą, rozejrzał się i – gdy zobaczył radiowóz – przez nikogo nie niepokojony szybko odjechał. Chore krowy uśpiono i przekazano do utylizacji dopiero nad ranem. Czy policjanci zdołali zabezpieczyć komplet dokumentów rzeźni? – pokaże czas.

- Nie miałem złudzeń, że będzie inaczej – podsumowuje nasz informator. – Mam tylko nadzieję, że zdjęcia, które zrobiliście w rzeźni, zapiszą się ludziom głęboko w pamięci. I nikt z oficjeli nie zaprzeczy, że w Polsce jest przyzwolenie na zabijanie i jedzenie chorych krów.


Tomasz Patora

Patryk Szczepaniak

PS: Zakłady „E.” zamknięto kilka dni później, a prokuratura w Ostrołęce rozpoczęła śledztwo dotyczące narażenia ludzi na „pozbawienie życia lub zdrowia”. Na razie zarzuty popełnienia przestępstwa postawiono wyłącznie „kolegom” naszego reportera z rzeźnickiej hali. Pod wpływem nacisku organów Unii Europejskiej i wiszącą nad polskim rynkiem produkcji mięsa groźbą zakazu eksportu wołowiny polskie władze wysunęły pomysł przeniesienia wszystkich weterynarzy zakładowych na państwowe etaty. Póki co nic takiego jednak nie nastąpiło.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły się nowe () komentarze - pokaż
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
Pomoc | Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Utracona Młodość Tomasza Komendy
Następny artykuł:

Utracona Młodość Tomasza Komendy

tvnpix