Wojna w Syrii. "Największymi ofiarami są dzieci"
  Foto: |
Ponad pół miliona zabitych i więcej niż milion trwale okaleczonych. To wstrząsający bilans trwającej od sześciu lat wojny domowej w Syrii. Nura w trakcie bombardowania straciła dwoje z czwórki swoich dzieci. Jej samej na skutek odniesionych ran amputowano rękę, odłamki pocisku poszarpały biodro i nogi. Osobom takim jak ona pomagają wolontariuszki z Polskiej Misji Medycznej, które zbierają pieniądze na protezy i leki, a następnie przekazują je syryjskim lekarzom. Reportaż Wojciecha Szumowskiego dla "Superwizjera".

Kiedy w 2011 roku w Syrii wybuchła rewolucja, wiedziało o niej niewielu Polaków. Syryjczycy rozpoczęli swoją walkę o wolność w samotności. Nawet dzisiaj tylko osoby działające w organizacjach humanitarnych znają prawdziwą skalę rozgrywającej się tam tragedii.

- Mam dwójkę dzieci i gdy myślę o dzieciach, które widziałam na zdjęciach albo o dziewczynce, którą spotkałam na granicy syryjskiej, to wiem, że zrobię po prostu wszystko, i Polska Misja Medyczna zrobi wszystko, żeby tych kilkanaścioro dzieci do Polski przyjechało - mówi Małgorzata Olasińska-Chart z Polskiej Misji Medycznej. - I myślę, że wszyscy będziemy dumni z tego, że im tutaj pomożemy; że te dzieci odzyskają nie tylko nogi, ręce czy zdrowie, ale także komfort normalnego życia i wiarę w innych. Bo to, co widziały do tej pory było jednym wielkim piekłem - dodaje.

- My chciałyśmy bardzo symbolicznie poprosić o wykonanie gestu solidarności wobec dzieci w Syrii, które są największymi ofiarami tej wojny. One tej wojny nie zaczęły, ani jej nie prowadziły, nie miały w ręce karabinu. Zabrano im wszystko. Zabrano im zdrowie, szansę na edukację, rodziców. Patrzyły na śmierć rodzeństwa, patrzyły na śmierć matki, straciły dom. Te dzieci mają 6, 7, 10 czy 12 lat, a od 6 lat żyją w konflikcie. To połowa ich życia, nie znają innej rzeczywistości niż bomby, piwnice, krew, śmierć, głód, hipotermia - podkreśla.

Pod koniec grudnia wolontariuszki postanowiły rozpocząć zbiórkę na leki, które przekazane zostały dwóm szpitalom.

- Zbiórka ruszyła, zaczął się nawał telefonów, pytań. Ludzie bardzo chcieli pomóc Syryjczykom, ale chcieli też mieć pewność, że ta pomoc dotrze właśnie do Syrii - mówi Olasińska-Chart.

"W ramionach miałam rocznego synka"

Aby skutecznie pomóc zranionej kobiecie z Aleppo - wspomnianej wcześniej Nurze - Ewa Piekarska i Małgorzata Olasińska-Chart zorganizowały wraz z przyjaciółmi koncert charytatywny w Krakowie. Bilety na niego kupiły setki osób, dzięki czemu udało się zebrać pieniądze zarówno na protezy, jak i na leczenie córki Nury.

- Zostałam ranna podczas bombardowania w naszej wiosce. Wypadek miał miejsce gdy byłam w pobliżu naszego domu. Pociski zaczęły spadać na naszą wioskę, bałam się o moje dzieci, więc spieszyłam się z nimi do domu. Nagle usłyszałam straszliwy dźwięk. To była bomba, która wybuchła dwa metry obok. W ramionach miałam rocznego synka. Został zabity na miejscu przez odłamek, który trafił go w głowę. Zginęła również moja sześcioletnia córka, jej ciało zostało rozerwane - opowiada Nura. - Moje prawe ramię zostało amputowane, mam wielką ranę w prawym biodrze i lewej nodze. Dzięki Bogu mój drugi chłopiec i córka zostali uratowani - mówi kobieta.

Nura - dzięki Polakom - dostała już nowoczesną protezę ręki i namiastkę życia, które wiodła wcześniej. - Chodzi o to, żeby wziąć odpowiedzialność za świat, który nas otacza i po prostu podzielić się tym, co mamy w nadmiarze - mówi Olasińska-Chart.

Rąk i nóg brakuje setkom dzieci

Czasem, aby zapewnić pomoc, trzeba ruszyć się z bezpiecznego miejsca. Ewa i Małgorzata pojechały do syryjskiego szpitala, żeby dostarczyć zebrane leki. Pomoc humanitarna to jednak również precyzyjne wyliczenia księgowo-prawne. Oprócz serca trzeba mieć zmysł biznesowy, żeby żadna złotówka od darczyńców nie przepadła.

- Pomyślałam: dlaczego nie poprosić o sfinansowanie protez dla kilkorga dzieci w Aleppo, skoro wszyscy lekarze, których spotykamy w Syrii mówią, że to jest straszny problem. Że w wyniku poniesionych ran tych kończyn nie da się uratować, dzieci są niedożywione, wyziębione. Ich organizm nie jest na tyle silny, żeby walczyć z infekcjami. Oni im te kończyny obcinają, żeby ratować im życie - opowiada Małgorzata Olasińska-Chart.

Jednym z takich dzieci jest Hebe, która straciła nogę w wyniku trafienia odłamkiem bomby zrzuconej z samolotu. Pojechała do Turcji żeby odzyskać nogę, ale większość jej rodziny została w Syrii.

- Bałam się tego spotkania. Wiedziałam, że spotkam się z bardzo małą dziewczynką, która od kilku lat nie ma nóg. Widok dziewczynki, która pokazuje nam gorset, pokazuje nam kikuty, był dla mnie wstrząsający - opowiada Olasińska-Chart. - Nie można płakać, kiedy się rozmawia z rodziną, z dzieckiem, któremu chce się pomóc. Płacze się później, płacze się w hotelu, płacze się w domu. Mogę płakać teraz, bo to jest tak strasznie niesprawiedliwe - dodaje.

"Absolutnie wykonalny plan"

- Nasz plan jest absolutnie wykonalny, mamy opracowaną całą logistykę związaną z bezpiecznym przyjazdem dziecka z opiekunem z Syrii do Polski na leczenie. Oczywiście wymaga to zgody i koordynacji na poziomie trzech państw: Syrii, Turcji i Polski - mówi Małgorzata Olasińska-Chart. Niezbędna jest również dobra wola instytucji, które muszą uczestniczyć w całej procedurze. Hebe do Polski nie przyjechała, ale dzięki Polskiej Misji Medycznej otrzyma wkrótce dobre protezy nóg.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły się nowe () komentarze - pokaż
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
Pomoc | Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
zamknij
Kolekcjoner starych papierów wartościowych. „Spółki reaktywowały osoby, które nie miały do tego prawa.”
Następny odcinek:

Kolekcjoner starych papierów wartościowych. „Spółki reaktywowały osoby, które nie miały do tego prawa.”