„Mówią, że rodzice mogliby nas zabić”
  Foto: |
Zastraszanie, przekupstwo, ubliżanie i bicie w domu dziecka: ten horror ujawnili niedawno dziennikarze Uwagi TVN. Po tym jak dzieci z palcówki opiekuńczo –wychowawczej błagały o pomoc, należało się spodziewać stanowczych działań ze strony urzędów. Władze Starogardu Gdańskiego udowadniają jednak, że dobro dzieci to dla nich jedynie wyświechtany frazes.

- Piszemy do pana w sprawie zamknięcia placówki opiekuńczo-wychowawczej w Starogardzie Gdańskim. Jesteśmy oburzeni i zszokowani postanowieniem o rozwiązaniu placówki i przeniesieniu nas do innych rodzin w całej Polsce. Nazywam się Nikola, mam 7 lat, bardzo podoba mi się w tej rodzinie. Czuję się tu dobrze i nigdy nie zostałam uderzona – to tylko fragment listu, pod którym podpisało się kilkoro wychowanków placówki. Dlaczego dzieci stają po stronie swoich oprawców? – Są manipulowane i zastraszane. Młodszym dzieciakom mówi się, że zostaną rozdzielone i trafią do gorszych rodzin. Starszym: że nie dostaną mieszkań chronionych i zostaną z niczym – opowiada nam jedna z dziewczyn.

Pod listem w obronie placówki podpisała się m.in. Sandra, która przedtem sama skarżyła się w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie! – Ale to było na początku, a wiadomo, ze początki zawsze są trudne. Ja już nawet nie pamiętam, o co mi wtedy chodziło – mówi dziś dziewczyna.

Dzieci z domu dziecka przerwały milczenie w rozmowie z dziennikarką TVN UWAGA Edytą Krześniak. Opowiedziały jej o biciu, ubliżaniu i zastraszaniu w placówce opiekuńczo - wychowawczej w Sucuminie. – Znęcają się nad nami psychicznie i fizycznie, ale przedtem baliśmy się o tym mówić. Oni mówią, że mają wielkie znajomości nawet w sądzie i PCPR i że nie mamy z nimi szans – mówiła jedna z wychowanek. Po czym opowiadała o wstrząsających przypadkach przemocy wobec dzieci. - Chłopak nie chciał robić pompek, dlatego został porażony paralizatorem, kopany w żebra, uderzony w twarz pięścią. Wtedy podbiegł inny chłopiec i powiedział: „Tak nie będzie! Nie będzie znęcania się nad młodszymi! I dostał od pana Leszka w twarz - relacjonowała.

Opowieści dzieci przerażają. - Mówią nam, że nikt nas nie chce, dlatego tu jesteśmy. Że wszyscy wiemy, jakimi jesteśmy złymi dziećmi. Że nie da się nas inaczej wychować, dlatego używają w stosunku do nas przemocy. „Ty jesteś k...wą, jesteś pop...dolona". Od szmat dziewczyny wyzywają, nawet te małe, które mają po siedem lat. Mówią, że jest się zwykłym gównem, do niczego się nie nadaje, że jest się niczym. Że rodzice mogliby nas zabić, bo nie ma z nas żadnego pożytku – wyliczają kolejne przypadki upokorzeń.

Placówkę w Sucuminie prowadzą państwo Ż. Prócz niej, mają jeszcze jeden dom dziecka. W Starogardzie Gdańskim. Łącznie pod opieką mają 24 dzieci. Jedna z dziewcząt została odebrana biologicznej mamie, bo ta nadużywała alkoholu. - W domu może miałam źle, bo mama piła, ale nigdy w życiu mnie nie uderzyła! A obcy ludzie mnie biją! Byłam duszona! - mówi nam dziewczyna. Twierdzi, że w drugiej placówce, prowadzonej przez to samo małżeństwo, dzieci są bite kablami. - Nawet te najmłodsze! - mówi dziewczyna.

Kolejna opowiada: - Kiedy powiedziałam, że nie odpowiada mi, jak rozwiązują konflikty przemocą, zadzwonili do PCPR i psychiatry. Mówili, że mam urojenia, zbuntowałam dzieci i kazałam im kłamać. Że molestuję małych chłopców.

– Większość wychowanków miało orzeczenia o lekkim stopniu upośledzenia. Uważam, że przynajmniej część to były wątpliwe orzeczenia. Ale one dają dodatkowe pieniądze, zapewniają wpływy na firmę – mówi nam były wychowawca, Krzysztof Dziemecki.

Zasady panujące w placówce pozostawiają wiele do życzenia. Metody wychowawcze wołają o pomstę do nieba. Opiekę  nad dziećmi sprawują starsi podopieczni placówki zatrudnieni na czarno. Krzywdę dzieci dostrzegli ludzie będący przypadkowo z nimi na wakacjach. – Kamila mówiła, że była bita, kopana, rzucana o ścianę. Że wkładano jej głowę do muszli klozetowej – płacze pani Małgorzata Słotkowska.

Fakt, że takiej patologii nie zauważyli pracownicy starogardzkiego PCPR-u, jedynie dla nas był zaskakujący. Wszyscy rozmówcy wskazywali na układ, na którego rozbicie nie było szans. Pan Jacek mieszkał w tym samym domu co dzieci i sporo widział. – Z góry było wiadomo, kiedy będą kontrole – opowiada. Twierdzi, że do jedzenia dzieci dostawały wciąż to samo: pasztet i margarynę. – Raz, dwa razy w tygodniu były przywożone drożdżówki, ale nie świeże! To były zwroty przeznaczone dla zwierząt. Przeterminowane jedzenie – opowiada mężczyzna.

Na ciągłe oszczędzanie skarżą się też dzieci. - Ci ludzie są bardzo pazerni. Oszczędzają na wszystkim. Ciągle mówią, że dostają na nas tylko 600 zł i na nic ich nie stać. Dla nas nie ma na spodnie, szampon i słyszymy, że używamy za dużo papieru. A w tym samym czasie oni kupują sobie auto i budują dom – opowiadają dzieci.

Rodzinny biznes  na dzieciach kwitnie od lat. To swoiste przedsiębiorstwo. Dwa domy dziecka, kamienica, a w niej mieszkania chronione i stowarzyszenie do pozyskiwania dodatkowych środków.

Co na ten temat ma do powiedzenia dyrektorka PCPR, które powinno kontrolować obie te placówki? - Z dziećmi są systematycznie przeprowadzane rozmowy. A z tymi,  które do państwa dzwoniły rozmawialiśmy indywidualnie, bo te dzieci mają różne problemy: typu wychowawczego, typu tego, że są objęte specjalistyczną pomocą medyczną. Problemy z tymi dziećmi są zawsze! One opowiadają różne rzeczy. Zgłaszają różne sytuacje - mówi nam Tatiana Neumann. – Kamila: głowa w ubikacji. Kuba: porażony paralizatorem. A drugi kopany – wylicza nasza reporterka. – To są poważne zarzuty. Uruchomimy procedurę i będziemy to sprawdzać. Ani do mnie, ani do psychologów, koordynatorów, nikt nie zgłaszał takich sytuacji... - przekonuje pani dyrektor.

- Nigdy? – dopytuje reporterka UWAGI!

- Osobiście nie.

- No to ja pani zacytuję: „Nie jesteś święty, pilnuj się, żeby sprawy zostały między nami, ja ci jestem w stanie pomóc, jeśli nie będziesz srał w swoje gniazdo. Nie można tak robić". To są pani słowa w momencie kiedy chłopiec w 2012 roku przyszedł tutaj i mówił, co się tam dzieje! - cytuje nasza dziennikarka.

- Tamta sprawa została rozwiązana! To nie był chłopiec! On po prostu oskarżył mnie! - próbuje się bronić Neumann. I przekonuje, że nie są to prawdziwe słowa.

- Nagranie z 2012 roku też? - dopytuje nasza reporterka.

- Ja go nie słyszałam - odpowiada Neumann. Po czym dodaje: - Uważam, że jest zmanipulowane!

Kiedy reporterka UWAGI! dopytuje o relacje łączące panią dyrektor z matką zastępczą, Neumann prosi o chwilę przerwy, bo - jak mówi - ma problemy z oddychaniem. Po przerwie oświadcza: - To jest rodzina, która prowadzi u nas dwie placówki opiekuńczo-wychowawcze, typu rodzinnego. Nie łączą nas żadne koligacje. Po czym dodaje: - Z tą panią znamy się od urodzenia. To jest moja koleżanka i nie wyrzeknę się tej znajomości nawet, jeśli państwo o to bardzo proszą!

Na koniec okazuje się, że problem, jaki aktualnie występuje w obu domach, spowodowała… interwencja dziennikarzy. - Zorganizowałam pomoc psychologów dla dzieci, z tego względu, że państwa wizyta spowodowała u nich duży stres. Dzieci płaczą, że będzie zamykane ich miejsce rodzinne! - oświadcza pani dyrektor.

O tym co było potem opowiada nam jedna z wychowanek domu. – Przyjechała pani Tatiana Neumann i rozmawiała z dziećmi. Krzyczała, że kłamią i nie dziwi się, że używa się w stosunku do nich przemocy, bo ona sama by z takimi dzieciakami nie wytrzymała. Że nikt im nie każe jeść tego starego jedzenia. Że na siłę nikt im tego nie wpycha widelcem do mordy. To dzieciaki jej powiedziały, że jak tego nie zjedzą, to niczego innego nie dostaną – relacjonuje dziewczyna.

Sprawa trafiła do prokuratury. A kilka dni po interwencji UWAGI! dyrektor PCPR została zawieszona. Dlaczego? – Nie bardzo mam ochotę na rozmowę przed kamerą – uśmiecha się starosta powiatu starogardzkiego, Leszek Burczyk. W końcu przekonuje, że z wnioskiem o zawieszenie wystąpiła sama Neumann. – A ponieważ stan tymczasowości nie był najlepszy, kolegialnie uznaliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie odwołanie pani dyrektor i rozpisanie nowego konkursu – mówi starosta.

Po naszej wizycie dzieci natychmiast opuściły dom w Sucuminie. O ironio nadal pozostały jednak pod opieką państwa Ż! Trafiły do drugiej prowadzonej przez nich placówki. A przecież sąd wyraźnie nakazał przenieść wychowanków do innych placówek. – Szukamy miejsc – mówi nam tylko starosta.

Dyrektor placówki nie chciał z nami rozmawiać. Na nasze pisemne pytania odpowiedział, że wszystkie zarzuty są nieprawdziwe. Twierdzi, że w żadnej placówce nigdy nie stosowano przemocy.

Tylko kilkoro dzieci znalazło nowe domy. Pozostałe wciąż są pod opieka państwa Ż. Rzecznik praw dziecka znalazł szereg nieprawidłowości, na które nikt nie zwracał tu uwagi od lat. Sprawę bada prokuratura.

Tylko władze gminy uparcie twierdzą, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz do artykułu
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły się nowe () komentarze - pokaż
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
~Gość

palcówki opiekuńczo-wychowawczej?

  • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
      0
    • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
        0
      • zgłoś naruszenie
      ~Gość

      Kto potrafi,ludzie badzcie ludzmi i pomozcie tym istotom! !!!!!!!!!

      • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
          0
        • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
            0
          • zgłoś naruszenie
          Pomoc | Zasady forum
          Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
          zamknij
          Dramatyczne warunki w nielegalnym domu opieki
          Następny odcinek:

          Dramatyczne warunki w nielegalnym domu opieki